Proszę o przekazywanie wsparcia w ramach 1 proc. podatku dla Krzysia Bulczaka, największego bohatera, jakiego znam. KRS 0000037904 z dopiskiem 20374 Bulczak Krzysztof

Jak trochę popsuć sobie humor myśleniem o postępach digitalizacji

Cieszymy się, kiedy nowe zbiory muzeów, bibliotek czy archiwów udostępniane są w internecie. Pomimo częstych ograniczeń prawnych wpływających na wolność korzystania z poszczególnych reprodukcji oraz nie zawsze odpowiedniej jakości plików i metadanych, każde takie udostępnienie to kolejny wkład do budowy bardziej wartościowego Webu, zwiększenia społecznego zasięgu instytucji kultury w tej przestrzeni oraz otwarcie nowych możliwości interakcji z dziedzictwem. Jednak mały rzut oka na rzeczywistość digitalizacji poza interfejsem przeglądarki, w którym korzystamy z udostępnionych kolekcji, może nieco zepsuć dobry humor wywołany informacjami o kolejnych tysiącach czy milionach opublikowanych obiektów. To pewnie trochę jak z ‘chmurą’, która stała się bardzo pozytywnie odbieranym pojęciem, chociaż tak naprawdę oznacza inny komputer w innym miejscu, a system jej funkcjonowania opiera się głównie na modelu darmowość za dane.

Być może bardzo dosadnym zwróceniem uwagi na to, że digitalizacja to proces bardzo głęboko zakorzeniony w fizyczność, są błędy skanów zasobów z Google Books. Dirk van Miert w tekście, który zainspirował mnie do tej notki, właśnie takie skany publikuje. Przypominają one o materialnym charakterze masowej digitalizacji, który dla pracownic i pracowników sektora GLAM jest oczywistością, a o którym użytkownicy spoza sektora – tacy jak ja – bardzo często zapominają. Łatwo domagać się kolejnych milionów skanów dostępnych swobodnie w internecie, kiedy ignoruje się finansowe i organizacyjne koszty digitalizacji oraz skomplikowaną materię prawa autorskiego, blokującą swobodne publikowanie wielu zbiorów.

Jednak problem jest poważniejszy i dotyczy czegoś więcej niż realiów wewnętrznej pracy instytucji dziedzictwa. Nie tylko przy digitalizacji, ale przecież w ogóle nie działają one w próżni i nie są autonomiczne wobec dominujących graczy współczesnego Webu. Można zdigitalizować i opublikować setki tysięcy skanów, ale jeśli nie będą one dobrze wyszukiwały się w Google, spora część ich potencjału zostanie zmarnowana. Nikt przecież nie skorzysta ze zbiorów, do których nie trafi. Można też starać się efektywnie upowszechniać wybrane kolekcje na Facebooku, ale nie da się tego zrobić bez podporządkowania się regułom jego algorytmów, decydujących o tym, kiedy i komu wyświetlane są poszczególne treści. Kiedy przedstawiciel lub przedstawicielka muzeum w bardzo krótkiej wypowiedzi do kamery bardzo ogólnie opisuje najnowszą wystawę, nietrudno nam zrozumieć, że język, jaki stosuje, dostosowany jest do formuły wystąpienia w telewizji. A mimo to, kiedy dostrzegamy, że na Facebooku najbardziej widoczne są zbiory cyfrowe z kotami lub dziwnymi ogłoszeniami z przedwojennej prasy, a wokół nich brakuje merytorycznej dyskusji, winimy za to publikujące je instytucje, które zamiast ‘upowszechniać’ zajmują się ‘promocją’. To trochę tak jakby oczekiwać esejów na Twitterze.

Ten brak autonomii oraz niewidoczność pracy w digitalizacji w radykalnej postaci objawia się w Google Books. Wywożone ciężarówkami z bibliotek egzemplarze starodruków digitalizowane są przez rzesze anonimowych pracowników. Andrew Norman Wilson, artysta i kurator, pracując w Google w 2007 roku nagrał film pokazujący pracowników wychodzących z kompleksu firmy w Mountain View. Wśród nich znajdowały się osoby zajmujące się digitalizacją, oznaczone charakterystycznymi żółtymi plakietkami. Wideo nawiązywało do sygnałów o niskim statusie tych pracowników w hierarchii korporacji, a jego powstanie inspirował klasyczny film Robotnicy opuszczają fabrykę braci Lumière. W kolejnym projekcie ScanOps Wilson fotografował i zaprezentował w galerii skany z biblioteki Google Books, na których pojawiały się fragmenty dłoni anonimowych pracowników digitalizacji.

7hndja

Idąc tym krytycznym tropem i podglądając materialność digitalizacji, można zadawać kolejne pytania. Czy masowa digitalizacja nie wzmacnia dominującego kulturowo anglosaskiego dziedzictwa lub dziedzictwa globalnego, którego zbiory gromadzone są, opisywane i interpretowane jednak przez zachodnie instytucje i zachodni punkt widzenia? Czy w metadanych opisujących publikowane obiekty nie powinny się znaleźć informacje o osobach, które je digitalizowały? Czy instytucje – także Polskie – wchodzące we współpracę z Google choćby w ramach Google Art Project nie powinny – redukując trochę nierównowagę sił we współczesnym internecie – współpracować równolegle z Wikipedią w ramach programu GLAM-Wiki i w ten sposób wspierać jego bardziej otwartą część? A także pokazywać tę niewidoczną pracę ludzi, których zaangażowanie jest niezbędne do przygotowania i udostępniania kolejnych kolekcji – tak jak niedawno na Facebooku zrobiło to Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Przeczytaj także:

Udostępnij na Twitterze | Udostępnij na Facebooku