Bez powodu, tak po prostu

Bardzo spodobał mi się tekst Pawła Schreibera z ostatniego numeru „Dwutygodnika”. Autor zastanawia się nad celami i korzyściami z grania w gry i wykazuje, że nie są nimi ani zdobywanie nowych umiejętności przydatnych w prawdziwym życiu, ani nawet wygrywanie, chociaż akurat to wydawałoby się przecież zupełnie fundamentalne dla sensu rozpoczynania jakiejkolwiek rozgrywki:

Sporo gram na komputerze. Po co? Jak donoszą liczne publikacje prasowe, granie na komputerze bardzo dobrze wpływa na zdolność podejmowania decyzji, przyswajanie wiedzy o świecie, kształtowanie postaw społecznych, orientację w przestrzeni, umiejętność pilotowania dronów nad Afganistanem i walkę z chorobą Alzheimera. Zawsze, kiedy stykam się z tym zestawem argumentów (który przecież bardzo szanuję), mam pewne wątpliwości. Jeżeli zaznałem któregokolwiek z tych dobrodziejstw i, na przykład, dzięki godzinom spędzonym w wirtualnych labiryntach szybciej znajduję drogę do wyjścia w centrach handlowych, to doszło do tego raczej przypadkiem, bo przecież nie to było celem mojego grania. […]

Sporo gram na komputerze. Po co? A po co czytasz albo po co siadasz na widowni? Jak odpowiadać na takie pytania? Najlepiej chyba tak: po nic. Kiedy patrzę na pierwszą scenę albo pierwsze zdanie, nie wiem jeszcze, dokąd mnie zaprowadzą. Tym, czego najmniej teraz potrzebuję, jest widoczny od samego początku cel.

To zamykające tekst z „Dwutygodnika” przejście od gry do widowni wskazuje na powszechność bezcelowości w korzystaniu z kultury. Taka rezygnacja z celów i wartości wydaje się ożywcza szczególnie przy okazji niedawnych wyników badań czytelnictwa. Można przecież zadać pytanie, czy Biblioteka Narodowa i media, te ostatnie nieco z musu rozdzierające szaty nad upadkiem kultury książki w Polsce, byłyby w stanie zaakceptować ewentualny wysoki poziom czytelnictwa, które nie miałoby żadnego celu? Co nam z czytelnika, który czyta bez powodu?

Takie odwoływanie się do bezideowości, bezcelowości i nieracjonalności korzystania z kultury może być ciekawą metodą krytyczną. Chciałbym na przykład przeczytać tekst pisany na takich zasadach, a podnoszący temat polskich muzeów narracyjnych i sporów politycznych co do ich kształtu i funkcji społecznej – ciekawe, czy jakiekolwiek z tych nowoczesnych przecież instytucji w ogóle przyjmuje do wiadomości, że można je odwiedzić bez żadnego celu i potrzeby, niczego przy tym nie oczekując?

Akceptacja takiej bezcelowości i odrzucenie opartej na diagnozie potrzeb racjonalności to mogłyby być także cechy instytucji kultury, odróżniające je radykalnie od podmiotów komercyjnych, z którymi – co dało się zaobserwować w wystąpieniach na niedawnej konferencji w Gdańsku – są niebezpiecznie identyfikowane.

Jednak poza tym wszystkim bezcelowość i nieracjonalność mogłaby być – i tu jest bardzo praktyczne wdrożenie perspektywy proponowanej przez Pawła Schreibera – uwzględniona w badaniach korzystania z kultury. Nie tak dawno Muzeum Narodowe w Warszawie opublikowało ankietę online, mającą zebrać dane dotyczące użytkowników zbiorów cyfrowych muzeum i celów ich wykorzystania. Jedno z pytań (bardzo obszernej) ankiety o cele wykorzystania pytało wprost:

Nie bardzo da się tu przyznać do bezcelowego przeglądania stron Cyfrowego Muzeum Narodowego. A nawet gdyby się dało – czy taka odpowiedź byłaby uznana przez muzeum za pozytywną? Czy dałoby się wykorzystać ją jako argument za publikowaniem zbiorów w Internecie? I dalej, czy we wniosku na finansowanie projektu digitalizacyjnego jakakolwiek instytucja mogłaby bez obaw odwołać się do tego, że jakaś część odbiorców przygotowywanych zbiorów cyfrowych będzie z nich korzystać bez celu?

No nie, bez żartów.

Udostępnij na na Twitterze | Udostępnij na Facebooku

Przeczytaj także

Newsletter bezpieczny dla Twojego adresu email dostarcza tinyletter.com. Dowiedz się więcej